Electric Light Orchestra - koncertowe wrażenia
Dodam na wstępie, że twórczości ELO perfekcyjnie nie znam, na pewno nie tak jak Metallicy. Koncert planowany na 19.00 rozpoczął się niemal punktualnie, bez suportów. Orkiestra symfoniczna złożona ze skrzypków, wiolonczelisty i kontrabasisty pod wodzą Louisa Clarka rozpoczęła nastrojowo przygrywać. Na scenie pojawili się Jeff Lynne (gitara), Richard Tandy (klawisze)1 oraz Mik Kamiński2 (skrzypce). Start prosto z grubej rury!
Na pierwszy ogień poszedł ‘Twighlight’ otwierający płytę ‘Time’ z 1981. Zespół został przywitany gromkimi brawami. Jednak już po pierwszym numerze można było doświadczyć niedociągnięcia organizacyjne związane z nagłośnieniem. Dźwięk wychodzący z kolumn skierowany był na przednie sektory, tak że skrzydła nie mogły wyłapać smaczków np. gitary basowej, czy skrzypiec prowadzących – były one słabo słyszalne w sektorach A i C…
Trzecia piosenka bardzo rozgrzała publiczność, a mnie w sumie zdziwiło, że taką torpedę jak ‘Rock and Roll is King’ zagrali już na samym początku! Publiczność z dalszych rzędów miała dość ograniczoną widoczność, ruszyła więc do przodu, w stronę sceny, był to jednak mało efektywny zryw – ochrona czuwała by każdy siedział na swoim miejscu, a gdy wypatrzyła kogokolwiek robiącego zdjęcia usuwała je z aparatów.
Następnie usłyszeliśmy ciekawe, klasyczne i dość typowe kompozycje dla tej formacji. Niestety nie znam wszystkich tytułów piosenek, które zagrali dla nas ELO, ale jedno muszę powiedzieć: potrafią pobudzić publiczność – gromkie brawa huczały po każdym numerze, publika wtórowała klaszcząc w trakcie refrenów.
W połowie koncertu zespół zrobił krótką przerwę na przedstawienie składu i grali dalej. W drugiej części usłyszeliśmy takie klasyki jak ‘Mr Blue Sky’, ‘Evil Woman’, ‘Ticket to the Moon’, czy ‘Do Ya’ (wykonany na dwie gitary wraz z Richardem Tandym). Co ważne i co zdziwiło mnie strasznie, każdy z ‘Elektryków’ jest świetnym wokalistą, piosenki śpiewali na zmianę, a chórki tworzyły mocny klimat.
Po półtorej godziny koncertu Jeff oświadczył: ‘this is the one last song’, zagrali więc ostatni numer i zeszli ze sceny. Publiczność nagrodziła występ owacjami na stojąco. Tak jest! Wyszli jeszcze raz by na bis zagrać, chyba swój największy szlagier ‘Don’t Bring Me Down’. Szkoda, że formacja Jeffa Lynne’a, który po każdej wykonanej piosence tak płynnie wypowiadał: ‘Dziękuję!’, a gdy skończył ‘Don’t Bring Me Down’ wyznał miłość słowami: ‘Kocham Was!’ nie dał wyciągnąć się na kolejnego bisa…
Podsumowując powiem, że koncert zaliczę do udanych, choć po cichu liczyłem na coś bardziej wystrzałowego. Na pewno nagłośnienia nie zaliczę do najlepszych, no i brak suportu też będzie minusem, bo co najlepiej nakręca przed właściwym koncertem jak nie dobry suport? Do tego skromne 90 minut to jednak nieco za mało jak na ceny dostępnych biletów. Kolejny klasyk na liście obejrzanych koncertów odhaczony!
P.S.
Pozwolę sobie jeszcze raz podziękować za konkurs i bilety redakcji MMStargard, bo inaczej Elektryków bym nie zobaczył!
P.S.2
Zdjęcia jakie mam takie wrzucam, ciężko było coś ustrzelić a wolałem nie ryzykować przy ochronie.
1 jedyni z pierwszego, oryginalnego składu ELO (przyp. red.)
2 Mik Kamiński urodził się w Anglii, ale ma korzenie polski.
- - -

























Kontakt:
No szkoda, że zawsze są
No szkoda, że zawsze są jakieś niedociągnięcia, ale z tego co zrozumiałem, to i tak impreza musiała być przednia.
Szkoda, że bilety takie
Szkoda, że bilety takie drogie : (
Dziękujemy za relację.
Byłem na innym koncercie w tej sali i problemy z dźwiękiem były takie same. Sala MTS chyba nie była projektowana do obsługi tego typu imprez masowych.